Modlitwa

jesus 753063 640

 

Panie Jezu Chryste, wyznajemy Ciebie Królem Wszechświata. Cokolwiek stworzone zostało dla Ciebie istnieje. Wypełniaj przez nas wszystkie Twoje prawa. Odnawiamy nasze przyrzeczenia chrztu świętego. Wyrzekamy sie grzechu i szatana i wszytkiego co do zała prowadzi. Obiecujemy życ w wolności dzieci Bożych, a przede wszystko czynić wszystko, oby zwyciężyły prawa Twego Królestwa Prawdy, Sprawiedliwości, Miłości i Pokoju. Amen.

Skrzynka intencji

497px Pióro i kałamarz.svg

Odwiedziny

Liturgia dnia

shelf

 

Zapraszamy do lektury poezji i prozy debiutantów jak i twóców już uznanych. Jeśli chcesz podzielić sie swoimi tekstami toserdecznie zaprszamy do przesłania ich drogą mailową na adres parafii.

Poezja zachowuje od zniszczenia tchnienie boskości w człowieku.

- Percy Bysshe Shelley

Poezja księdza Grzegorza

DSC 0040Ks. Grzegorz Stachura – urodzony w rocznicę ślubu dobrych ludzi; poetycko: „płaskowyż cienia” 1998; „błękit zzieleniały” 2008; „niedożegnani” 2012; teologicznie: wspólnie z ks. Adamem Wilczyńskim „Przypatrzcie się Królowi” 2006; „Ojcze nasz. Rekolekcje” 2015; rozważania do Nocnej Drogi Krzyżowej z Kielc na Święty Krzyż 6.3.2015; w 2013 otrzymał nagrodę im. Ks. J. Pasierba.

 

 

 

 

[tomik "płaskowyż cienia", 1998]

niech zaśpiewa deszcz

 

Deszczem do mnie piszesz list
że kochasz
że lubisz
że przebaczasz
że tęsknisz

a mnie tak smutno
bo Ty daleko
a może wcale blisko

ale smutno mi
bo ci co blisko są
i ranić potrafią

więc napisz deszczem do mnie list
bo tak mi Twego słowa potrzeba
niech śpiewem słów Twoich bębni dach
że kochasz
że lubisz
że przebaczasz
że tęsknisz
i niech wydudni do Ciebie me serce
że kocham
że lubię
że proszę i przebaczam
że tęsknię

ded. mojej Mamie

 

[tomik „błękit zzieleniały”, 2008]

 

pieśń wybrańców

 

drogą czasu i prawd
pośród śmiechu i skarg
przez pola i szańce
idą Słowa wybrańcy

nie tak prosto być wybranym
nie tak prosto w drodze jest

oczy mają smutne
Bóg podał im lutnię
usta pełne pieśni
pękate dzbany

nie tak prosto być wybranym
nie tak prosto w drodze jest

niemrawo stukają buty
pneumatofora

 

szczęście

 

kiedyśmy ganiali za motylami
nie wczesnym już latem
Tyś ważył słowa
jak zioła dokładnie na lekarstwa

bo dusze też się leczy
czasami
słowami
gestami
pocałunkami
innymi cudami

cała otchłań wszechświata
na ten widok milknie i przystaje
łapczywie podpatruje

 

Tobiasz albo kto inny

 

pamięci pewnego znajomego małżeństwa K. i Z.

nie ucieknę
gdy oczy zamkniesz
wiatry błogie są nie dla mnie
lepiej postać
w kółko się pokręcić
po własnym nie obcym domu
w kuchni zagram kantatę
o miłości jarzyn
pokój napełnię ciepłem
kawowej sonaty
na rękach serca
świat dla ciebie zobaczę

 

będziesz Hiobem

 

jak ziemia letniej burzy
wyczekuję Cię schną myśli
jak trzcina i sitowie
na pustkowiu

dom spotkania spłonął
a pragnienia mdleją
z tęsknoty za Słowem
żywym jak krople rosy

nie ma wody brakło wina
zmysły wszystkie zgasły
a msze przemilczane

kiedy przyjdziesz?
kiedy wrócisz?
głosu Twego pragnę!

 

w obronie kopytka

 

gdy mnie biją
wierzgam oślim kopytkiem
szacunku dla osła
przecież i mnie stworzył Bóg
jak gwiazdy drzewa i ludzi
upór dał ośli
nie nadaremnie
na obronę oślich praw
którymi gardzą
ślepi władcy kija

czasem widzę ich we śnie
jak modlą się całą duszą swą
do drewnianej dyscypliny

 

uparta

 

biegłaś
z duszą na ramieniu
żywym uczuciem
otwartym garnkiem

chciałaś nakarmić
gardzących jedzeniem
których drogą drzwi zamknięte
wielkie puste słowa

znowu kroisz chleb
na rozstajnych drogach myśli
o wpół do piątej
ktoś przyjdzie

 

jak Marta

 

wybrałem najgorszą część
bieganie po kwiaty
i szuranie butami
przycinanie gałęzi
uschniętych snów
i ciche stukanie palcem
w szyby serca

i jeśli kiedyś skończy się
ten bieg
bez liczb i miar
padnę martwy
przed krzyżem Twym
szczęśliwy cały

 

Łukasz święty

 

słowa wyrosły mu na języku
jakieś liście babki
i tak mam leczyć?
bóle i zamęty?

sylaby wieczności
miły okład osierdziu
na wrzody lać Ducha?
oliwę na rany?

dasz mąkę kobiecie
zaniesie w góry wszystko
na radość

dasz ucztę mężczyźnie
przypilnuje dom i ogród
da denary w gospodzie

 

kiedyś Ty konał

 

potęgo miłości
niewzruszona
ranami pięcioma
haftowany zdobnie
niech rany Twoje
ukryją całe rzesze
wszak za nie konałeś
gdy kostki brzęczały
mrok i los jak banał

kiedy się działo
misterium caritatis
mnie oczy zasłoniła
tkana szata

 

trzy Marie

 

ciągle snujemy opowieść
o suchym drzewie
które zakwitło w jeden wielki
zielony liść

nikt nie uwierzy
bo spali wtedy po weselu
dosypiając marzenia
o wiecznym szczęściu
jeśli nie własnym
to przynajmniej młodej pary

a te kilka kobiet
które widziały
kto uwierzy
i co z tego będzie?

 

pentakosta

 

tak ciężko
ubrać cię w słowa
potłuczone ciało
na piasku pisaniem
i szumem szat w świątyni
gdy złość zabiła Boga

trzeba dać ramiona drzewu
dać nadgarstki gwoździom trzeba
powiewowi wiatru dech oddać
Ducha światu

 

kłopot św. Piotra


pamięci s. Bożeny Podstawki
[Siostra Bożena, urszulanka, pracowała w latach dziewięćdziesiątych w parafii Chrystusa Króla w Kielcach. Obydwoje z x Tadeuszem Śmiechem wiele mi pomogli przy startowaniu poetyckim. Najbardziej jednak wdzięczny jestem jej za przyjaźń. Po walce z nowotworem uciekła nam na tamtą stronę.]

teraz już możesz stanąć
w szeregu świętych cudaków
szary szelest
znany od dawna gdy
cierpliwym uśmiechem obmywasz
schnące anioły – to znak
obycia – a niech zazdroszczą

bardzo to ładnie bardzo
że przyszłaś pieszo
w trudzie stawonoga

tylko co zrobić tu w niebie
z poczciwym epizodem
małego ołówka

[tomik „niedożegnani”, 2012]

 

ascendisse

 

gdy zamknął usta
podniósł ręce błogosławiąc
i tyle Go widzieli

przestrzenie otwierają oczy
na pewność i zdziwienie
obrazy wychodzą z mgieł
swobodnie płyną po jeziorze

gdy milknie i znika
Ten Którego podobno nie ma
zostaje się nie samemu sobie
zostaje się czas odpowiadania

co może mój lepszy świat
co komu ździebełko poczciwości
co komu zaczyn wieczności
co może feromon przemijania

idzie się do sali na górze
korytarzem przy grobie Dawida
nie trzeba dłużej niż Jego tydzień
pokątnie trzeba myć garnki na mannę

 

teraz nowy

 

mój Damaszek stanął w ciemnościach
na trzy dni przed pełnią zamknięte oczy
milczały drzewa migdałowe a w środku
srebrne skarabeusze toczyły wąskie tunele
dla światła co nie umrze z napisem koniec
śmieszne ostatnie pożegnanie milczały
żarna trące mąkę sumienia i ego

w końcu poszedł Ananiasz i położył ręce

 

Dawid i Saul

 

spotykają się
na chwilę
bez mrugania okiem
najmniejszej chęci zrozumienia

będziesz sam
dudni wicher śmigłowca
jesteś sam
świszcze zefir latawca

koszula najodleglejsza ciału

 

imperium słońca

 

„Przez jednego mędrca miasto się zaludnia,
a pokolenie żyjących bez Prawa zmarnieje.” (Syr 16,4)

dzieciństwo jak trumna na wodzie
Ofelia zawsze płynie do Hirosimy
nie wróci do ramion wciąż innych
dzieciństwo walizka zapakowana

żaden dr Rawlins nie wie ile procent pasa
startowego niesie się na tamtą stronę błysku
ani jaki kolor ciepła włosów
będzie miał ukochany zapach wiatru

amo amas amat
rower mydło i pomidory

amamus amatis amant
cadillac niebios gazety i garstka ziemi

[wiersze z szuflady]


kolęda 2013

 

kto kogo zrodził i kiedy
bieda z wielkością pląsają
w kalejdoskopie historii
między niebem i ziemią

urodziłam Cię w Betlejem, Maryja,
czy Tyś mnie zrodził tam w grocie?

przyjąłem Cię za Syna niepewnie
czy Tyś mnie zrodził jako Ojca, Józefa?

znaleźliśmy blask Dziecka nieznany
czy Tyś nas zrodził wierzących pasterzy?

kto kogo zrodził i kiedy
bieda z wielkością się łączą
przemoc i podstęp umilkły
na widok Boga–Człowieka

 

zagadka winnicy

 

„Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów.” (Mt 21,28)

idź dzieciaku do winnicy
radości dopełnij pracą
pójdę mówią usta pełne śmiechu
wspina się na drzewo bezczynności

idź dzieciaku do winnicy
pracą dopełnij radości
nie nic z tego tato
i zmęczony trawę depcząc wraca

są zagadki naprzemienne
wola słowa czyny myśli

a szczęśliwi gdzieś pod wieczór
sprawiedliwą drogą wrócą
(2014)

 

gaudete 2015

 

„On uniesie się weselem nad tobą, odnowi swą miłość, wzniesie okrzyk radości, jak w dniu uroczystego święta.” (So 3,17)

radość dawania, otrzymywania radość
obłoki malowane na drzwiach katedry
chętnie by na nich przysnąć
ale żebraczka skulona na schodach

ileż tego dobra
co z imieniem Boga na ustach
albo najczulej bezimiennie
ileż dobra co wydarli z nas siłą?
wymuszonego ile?
i jakaż to niby radość?
jaki duszy spokój?

ileż tej dobroci
co nabożnie wpychały na siłę
różne ciotki jak siódmy obiad
w przekarmioną kuzynkę?
ileż spełnienia w niezrozumieniu?
ile zawstydzającej przepaści?
jakaż wdzięczność?

ileż pozszywanych płaszczyzn:
potrzebujący
udający potrzebujący
wykorzystujący udający potrzebujący?
światełko w otchłani czym jest:
miłosierdziem co ścieżką wesela?
zatratą to jest subtelną niewolą?

jak Ty to robisz
nad każdym uniesiony tak,
że miłość się odnawia
dajesz jakby Cię nie było
biorąc do tańca prosisz
jak Ty to robisz
nad każdym uniesiony
weselem?

(13.12.2015)

 

kolęda 2015

 

a gdy ominę stajenkę
udając że Cię nie ma
tylko słoma i bydło
grota i gospoda
w przekleństwo zmieni się
me błogosławieństwo

a gdy przeoczę gwiazdę
co Imię Twoje czci światłem
brodzić zacznę w złota szkatule
króla o giełdę przepytywać
ofiarą czystą wzgardzę
i przepadnę jak meteor

a gdy do serca nie wezmę
matki i ojca jak swoich
co dzielili ręką sprawiedliwą
wysłańcy przed Tobą, Boże
bojaźń zamienię na wygodę
i mądrość mi przepadnie

a gdy klęknę przy żłóbku
zamglony światełkiem coraz tańszym
tonami cekinów i brokatu
obym Cię dojrzał prawdziwie
stwórz mnie na nowo Dzieciąteczko Boże!

Zofia Korzeńska /wiersze

Z. Korzeńska fot. A. Nogaj Zofia Korzeńska, ur. 26 marca 1931 w woj. podkarpackim – poetka, eseistka, krytyk literacki, redaktor książek. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1955 r., pracowała jako nauczycielka języka polskiego oraz bibliotekarka. Obecnie zajmuje się głównie eseistyką poetycką i krytyką literacką oraz szczegółowym opisem zamierającej gwary rodzinnej wsi.

 

 

 

 

 

 

 

Wiersze o starości

Dwa brzegi czasu

Dzieciństwo i starość
dwa brzegi danego mi czasu
spięte jedną klamrą pamięci

I nieustanne zdziwienie:
to ja – wciąż ta sama choć inna?

Zwinna Zosia skacząca na jednej nodze
podczas zabaw
brodząca za kwiatkami po łąkach
jak bocian za żabami

i przygarbiona stara Zofia
drepcąca po parku
słuchająca jak trawa rośnie
i ptaki ćwierkają
lub zbierająca kasztany

Kasztany... te cacka natury
urocze mikrogloby
z magiczną mocą zatrzymujące czas
Czyż to nie wczoraj
zbierałam je dla moich lalek?

Każde coroczne ich spadanie
budzi me zdziwienie –
to już pora kasztanów?
A może innych pór nie było?
Przecież to wczoraj ciągle trwa...

Czyż to możliwe
że między Zosią a Zofią
przepłynęło życie?

Kielce, 2001 (z t. Dwa brzegi czasu)

Lustro życia

Moja babka stoi przede mną
w wąskim przedpokoju?
Zaskoczyłaś mnie, Babciu,
przyszłaś zbyt znienacka.
Skąd się tutaj wzięłaś?
Lecz te oczy zielone to nie oczy babki...
Jakieś dziwnie znajome...
Ach! to przecież jest lustro!
O Boże, jak trudno się oswoić
i nauczyć siebie
w tej obcej starości!
Ty, Babciu, też to dotkliwie przeżyłaś?
A więc i córkom moim przyjdzie przeżyć
cierpkie zaskoczenie starością...


***
Dosłowność, że jestem kaszląca i słaba,
jest nie do przyjęcia! A jednak jest i basta.
I nic jej nie zrobisz, chociaż cię to mierzi
i tak się obruszasz, tak się chcesz otrząsnąć.

Te zawroty głowy (to od niesukcesów),
ta ociężałość i obca ci dotąd nieruchliwość ciała,
trudność wspięcia się choćby na krzesło,
gdy kwiatki na regale chcesz podlać
– to jakieś czary zadane przez diabła.
Wszystko to naprawdę nie do zniesienia w życiu!
A przecież to znosisz
– i dziwne, że tak pogodnie.
I życie cię wciąż cieszy, a nawet porywa.
Czytasz życie swoje jak w lustrze – we własnej starości.
A niepogody jego coraz bardziej jaśnieją.

To jednak nie Szatan, lecz dobry Pan Bóg
tę dziwną tajemnicę starości zgłębiać ci zadaje.

28 X 2004 (Z t. Musi być sens przecież)

Ileż ja zim przeżyłam!

Ileż ja zim przeżyłam!
Nie spamiętać przecież
każdej z nich z osobna!
A zima obecna –
tęga jeszcze w pół marca,
z metrowymi zaspami i mrozem –
znowu mnie zdumiewa,
choć podobne zimowe przedwiośnia
już w mym życiu bywały.

Wiem, że i ta zima przeminie,
jak wszystkie,
i jeśli Pan Bóg da pożyć,
atawistycznie następnej
znowu się bać będę...

Ileż ja lat i zim już przeżyłam!
I nagłych wiosen,
co po nich wybuchły!
I złotych lub chmurnych jesieni!
A wciąż się dziwię, Panie,
tej przeplatance
odmiennych pór roku
i biegowi czasu,
i rajskiej przyrodzie,
którą nas zachwycasz!

Dzięki Ci, Panie Boże,
za mój czas miniony
i za tyle dalszego,
ile mi go jeszcze
raczysz łaskawie udzielić
– według własnej miary!

Marzec 2005 (Z t. Idąc przez Niniwę)

Między górami

Góra Dzieciństwa i Góra Starości –
zwykłe teraz siedziby dla mojego ducha.
Przenoszę się z jednej na drugą.
Życie z każdej z nich inaczej zachwyca.
Mimo iż starość z góry
oglądana wygląda ciekawie,
to życie jest jeszcze bogatsze
i zmusza nas – jakże często –
do schodzenia w doliny,
a niekiedy w doły.
Tu krzyż jest najcięższy,
ale cierpienie, przygniatając,
unosi przedziwnie.
Drabina cierpienia
wspina się ku niebu wyżej
od górskich szczytów,
choć taka dziwnie niepozorna i przykra.
Nie wierzysz? Zapytaj Męczennika
Jana Pawła II.
Albo Mu się przyjrzyj z sercem i uwagą,
jak się wspina wysoko po gradacji bólu,
także duchowego – urągań „zejdź z krzyża”.

Marzec 2005 (Z t. Idąc przez Niniwę)

Podglądanie starości

Szur, szur, ciężki oddech.
To starość człapie w pobliżu.
Jakiej płci i wyglądu?
Podglądam ciekawie, oparta na lasce,
przez szparę żywopłotu z tui.

Wychudła kobieta dźwiga torbę zakupów.
Co parę metrów przystaje,
opiera się o słupki ogrodzeń,
przysiada na murkach
i znowu szur, szur,
stóp nie odrywając od ziemi.
Tego, co boli, nie widać, to słychać.

W głowie niesie swą młodość
i dawną rolę życiową – pełną siły i pragnień
(fryzura śladem prezencji).
Pamięć szepce o lekkości ciała
i w błąd je wprowadza na teraz.

Lecz Bogu dzięki za wszystko:
za lata dożyte w dziesiątki,
za to jeszcze samodzielne człapanie
– bo gorzka by była (choć słodka)
niewola opieki.

A wokół ogrody nęcą barwami i wonią.
I śpiew ptaków, i cykad, i liści na brzozach.
Miłe jest tu bytowanie – nawet jeśli boli.

Życie trwaj wiecznie! – chciałoby się pragnąć,
i to osobniczo, dla ja, dla Bliskich
– nie dla uniwersum.
Lecz odchodzimy
z poczuciem dramatu.
I zawsze samotnie.
Dobrze zaś, że sprawiedliwie,
bez wyjątków,
i z nadzieją na TAM.

Nowa Wieś, 11 sierpnia 2009 (Z t. Dary chwil)

Błoga starość

Ojcze, zrozumiałam wreszcie,
że bolączki starości
są nam koniecznie potrzebne
– nam, wszak nie Tobie –
lecz nie mogę pojąć,
dlaczego one tak nam czas skracają.
My, starzy, się nie wyrabiamy
w powszechnym trybie czasu.
Nam trzeba czasu specjalnego,
czasu „sprawnego inaczej”.
Ale takiego od Ciebie nie mamy.

Jeśli musimy doświadczać
czasu skróconego,
to pomóż, Panie Boże,
z tą koniecznością się zgodzić.
Daj nam rozum, cierpliwość i siły
do znoszenia starości,
która przecież jest Błoga,
skoro się tak przez nią
życia kurczowo trzymamy.
Tak... starość jest błoga,
bo nam ją – niektórym – darowałeś.
Jednak nie wszystkim jest dana...
I nie dla wszystkich długa.
Czyż możemy Ci za nią, Panie,
nie dziękować?

19.09.2015 (w. dotąd niedrukowany)

Upały

Upały?
Jeśli o mnie chodzi,
to niechby jeszcze trochę
w Polsce pozostały.
Mnie Pan Bóg tym żarem nareszcie dogodził.
Zdjęłam ocieplaczy dwie warstwy,
trzecia mi nie szkodzi.
Wprawdzie potu potoki płyną ze mnie
dzień długi i w nocy,
lecz wolę znój upałowy i tropik
niż zimowe poty z chorobowej niemocy.
Innym udręczeń kanikuły serdecznie współczuję,
wiem, że ledwie zipią i jęczą; ten upał ich truje.
Niech ich anieli strzegą od wszystkiego złego
– też od udarów słonecznych;
niech ich trzymają w cieniu
swych skrzydeł bezpiecznych.

Dopiero teraz pojęłam, w czym jest problem cały,
dlaczego moje babki kochały upały.
Wszystkim młodym i średnim życzę dożyć tej chwili,
by i oni nareszcie upały polubili.
A tak w ogóle i gwoli dowód rzeczowy mamy,
wprawdzie taki mały,
że Bóg wszystkich nie zadowoli,
choćby wstrzymał upały.

Ja Mu dziękuję za to, że to On światem rządzi,
i nawet nie mam odwagi pytać
o sens różnych zdarzeń,
także i powodzi.

12 czerwca 2010 (Z t. Dary chwil)

Eligiusz Dymowski / wiersze

Eligiusz Dymowski

eli swieca2 Ur. na Mazowszu

Franciszkanin,wykładowca teologii pastoralnej, poeta i krytyk literacki,  przełożony i proboszcz w Krakowie-Bronowicach Wielkich. M.in. wiceprezes i członek Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Krakowksiej Konfraterni Poetów oraz Oddziału Polskiego Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC). Autor wielu publikacji prasowych oraz kilkunastu tomików wierszy.

 


 

 

 Nie wiem

 

nie wiem
ile godzin wypłakać trzeba
w codziennej wędrówce

nie wiem
na jaką odległość rozciągnąć ramiona
aby krzyż wystarczył

nie wiem
czy prawdą jest że w kamieniu
najwięcej cierpienia

nie wiem
dlaczego miłość i śmierć

takie nierozłączne

nie wiem
kiedy zgaśnie słońce
a zapłonie ziemia

nie wiem

ja - Tomasz niewierny
dziwię się choć czuję
Twoją wyciągniętą dłoń do ślepca

 

Wizja Hioba

 

zdejmij łuski z oczu
światło nie poraża
ślepca

ogień i woda
w ramionach wieczności
nie tracą na sile

a żadna próba
nie trwa dłużej
niż życie

bądź jeszcze tylko
silniejszym
od siebie

Metaponte, w grudniu 1998

 

***

 

Nie pytaj oliwkowych drzew
o tamtą noc

ich spojrzenia musiały
przecież się spotkać

kontempluj Ciszę

bardziej niż słowa
przemawiają rozdarte korzenie
Miłości
złączonej z cierpieniem

Mamre 1999

Anna Nogaj / wiersze

Anna  Nogaj

ur. Kielce

Czasami zamieniam obraz swiata i swoich myśli w wiersz - w zależności od okoliczności.

Z takiej samej przyczny przestaję pisać i szukam dalej aby później wrócić ze słowem.

 

Było na początku

 

słowo
ma moc podłożyć nogę
wyprowadzić na manowce
chichotać z ciebie
i skurczyć serce
do orzeszka


może też wywyższyć
ubrać w uśmiech świętego
pogłaskać
i zbudować od nowa


śmiało więc
choć jednym palcem
porusz stare fundamenty
zobacz jak sypią się
gdy czołem dotykasz Słowa
rodzi się nowe


się staje

 

Pe Crucem Tuam

 

nie wiem czy udźwignę sen,
słowo, przystanek. płuca szybciej pracują,
a żebra jak kleszcze, szczelnie zamykają
spuchnięte serce.

dziś przeszło przeze mnie wiele
obrazów - barwy cienie chrystusy.
poraniłam stopy.

zupełnie nie wiem, jak to wyrazić,
ale zmęczenie. we śnie
spadałam z krzyża głową w dół -
w klęskę lub zmartwychwstanie.

potem trzeba było odwracać bieg
pociągów.czeka, czekam, czekamy.
a tutaj jak zawsze czas rozpięty na
skrzydłach kawek, kołuje za oknem.

spokojnie. to ciche pukanie,
gdy nagle przychodzi judasz poranek.
podnosi powieki światłem,

zanim pęknie kolejne przęsło mostu

Moje Ur

 

jestem człowiekiem
mogę wiele uczynić
np. kupić bilet i wyjechać
ofertą last minute

znaleźć tam dom
zbudować fundamenty nowej
siebie
patrzeć w niebo i mieć wszystko
gdzieś

zrzucić z siebie starego człowieka
ubrać w modlitwę
i przenosić miejsca, zdarzenia, światła
błyszczeć Twoją chwałą
i pokorą Hioba

o powal mnie znów na ziemię
raz jeszcze w drodze do Damaszku
przemebluj mieszkanie
uformuj od nowa
komórki
natłuść głowę oliwą
a w oczach rozsyp glinę

bo na razie jestem tutaj
gotuję się do wymarszu z Ur
zapinam sandały
i płaczę

 

Homo viator


Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem.
Św. Augustyn

lubię te spacery między wersami
wtedy odwracam słowa. wrysowuję się
w przestrzeń

nowa strona kolejnym zwierciadłem
przechadzającym się po dziedzińcu myśli

i te rozmowy bez dna choćby z Herodotem.
już wiem że żadne zdanie nie kończy się
kropką. że to co jest było to co było stanie się

potem

miarowe stukanie w skałę laski mędrca
przypomina ten odwieczny rytm świata
i wewnętrzne pulsowanie

a kiedy wytrząsam piasek zza szkła
zegarka

myślę sobie że
może to ten sam który przesypywał się
przez sandały Tucydydesa

DPS

 

Pani S wiąże swoją pewność na supeł
sznurowadeł często plączących drogi
od okna i z powrotem. tylko tyle,
do przejścia i tak zbyt wiele

w jej oczach codziennie burzy się
dom, wtedy wyciąga szyję i podnosi
wzrok na ścianę, stąd od lat patrzy
śmielej bo z góry okrągła twarz córki.

zresztą to tak niewiele teraz znaczy
Pani S mówi, że ta kobieta to jej siostra
i że mają stały kontakt raz czy dwa
razy w miesiącu wystarczy przyłożyć

mocno słuchawkę do ucha. jak Bóg da może
się nawet zobaczą. tak często o niej opowiada
ja słucham potem siada w fotelu i ceruje
pamięć chyba bo zawsze płacze gadam wtedy

od rzeczy idę do okna i patrzę jak kwiecień
obkleja drzewa szerokie alejki poszerzają
perspektywę miłych spotkań a tu tak ciasno
i dziwne że dzięki drodze którą przeszłam

od drzwi do okna jestem bogatsza o nowe
życie tylko tyle do przejścia
i tak zbyt wiele