Modlitwa

jesus 753063 640

 

Panie Jezu Chryste, wyznajemy Ciebie Królem Wszechświata. Cokolwiek stworzone zostało dla Ciebie istnieje. Wypełniaj przez nas wszystkie Twoje prawa. Odnawiamy nasze przyrzeczenia chrztu świętego. Wyrzekamy sie grzechu i szatana i wszytkiego co do zała prowadzi. Obiecujemy życ w wolności dzieci Bożych, a przede wszystko czynić wszystko, oby zwyciężyły prawa Twego Królestwa Prawdy, Sprawiedliwości, Miłości i Pokoju. Amen.

Skrzynka intencji

497px Pióro i kałamarz.svg

Odwiedziny

Liturgia dnia

Jak Kielce...

Jak Kielce dowiedziały się o nowej parafii


19 marca 1939 roku ks. bp Czesław Kaczmarek powołał do istnienia naszą parafię – Chrystusa Króla. Pierwsze dwa lata powstającej wspólnoty zostały zapisane w kronice parafialnej, którą można przeczytać na naszej stronie internetowej w zakładce – Nasza Parafia – Historia w kronice.
O powstającej parafii pisała też „Gazeta Kielecka” – w numerze 23 z dnia 19 marca 1939 r.:
„Na przedmieściu kieleckim Baranówek budowany jest nowy kościół. Z inicjatywą budowy świątyni w dzielnicy, której ludność należy do parafii katedralnej liczącej ponad 27 000 wiernych, co powoduje stałe przepełnienie kościoła katedralnego, wystąpiło Stowarzyszenie „Kolonia-Ogród”. Stowarzyszenie to ofiarowało pod budowę kościoła trzy place oraz przeznaczyło na ten cel swoje udziały członkowskie w kwocie 4 000 zł. Cegielnia p. Siekluckiego ofiarowała cegłę. Kielecki Zarząd Miejski postanowił przyznać Komitetowi budowy kościoła dotację w kwocie 1000 zł.
Budowa kościoła na Baranówku mogłaby być ukończona już w tym roku, gdyby komitet uzyskał subwencję w wysokości 10-15 000 zł.
W tych dniach wojewoda kielecki dr Dziadosz przyjął delegację Komitetu budowy kościoła z prezesem Stowarzyszenia „Kolonia-Ogród” radnym miejskim Pińczewskim i nowo mianowanym proboszczem budującej się świątyni ks. Widłakiem na czele, która przedstawiła p. wojewodzie trudności, z jakimi komitet walczy.
Pan wojewoda ustosunkował się do sprawy budowy kościoła nader życzliwie. Są widoki uzyskania przez komitet pewnej pomocy finansowej od Funduszu Pracy.”

Marzena Nosek

Z kart historii dziewiątki

Najważniejsze dzieje Szkoły Podstawowej nr 9 do 1961 r.


Publiczna Szkoła Powszechna Nr 9 w Kielcach powstała na Baranówku dnia 1.09.1938 roku. Do rejonu szkoły weszły: Barwinek, Baranówka, Pakosz Dolny, Kawetczyzna, Wietrznia i Stare Koszary pod Bukówką. Jej pierwszym kierownikiem był Bolesław Cieślik. Kadrę pedagogiczną tworzyły następujące osoby: Helena Balasińska, Elżbieta Cieślik, Maria Farasińska, Anna Kamińska, Maria Papińska, Helena Rolska, Stefan Reguła, Władysław Krzywdziński, Stefania Wielgus, pierwszym prefektem był ks. Wojciech Piwowarczyk - zmieniony po rocznej pracy przez ks. Widłaka.
W roku szkolnym 1937/1938 szkoła liczyła 760. uczniów, zaś już w następnym roku liczba ich wzrosła do 812.
Uczniowie pochodzili przeważnie z rodzin rzemieślniczych i robotniczych, tylko nieliczni urzędnicy i podoficerowie stanowili najzamożniejszą cząstkę tamtejszej ludności. Jednakże szkoła ta - dla dzielnicy oddalonej od miasta i pozbawionej jakiejkolwiek siedziby gromadzkiej - była instytucją skupiającą jej mieszkańców i umożliwiającą omawianie spraw dotyczących całego przedmieścia. Ponadto istotnym faktem było to, że w szkole miał siedzibę Komitet Budowy Kościoła na Baranówku.

Czytaj więcej...

O uśmiechniętym Wojtku...

O UŚMIECHNIĘTYM WOJTKU, CO PRZEGRAŁ Z LUDZKĄ PODŁOŚCIĄ


cment yd 2 kopiaPiotr Burda
Gazeta Wyborcza, Kielce, 2007

**
29 listopada 1945 roku padał mokry śnieg. Było ponuro i szaro. Na kieleckim stadionie zebrało się kilkadziesiąt osób, głównie krewnych tych, co zginęli podczas wojny. Wezwała ich Komisja Ekshumacyjna do Spraw Zbrodni Hitlerowskich.
Wśród nich byli Maria Szczepaniak i jej syn Zygmunt. Szukali Wojtka.
Matka cały czas miała nadzieję, że nie będzie go wśród zamordowanych. Z czasem ta nadzieja robiła się coraz większa, bo w zbiorowej mogile nie znaleziono szczątków sidemnastolatka.
Do dziś nie byłoby wiadomo, co się z nim stało, gdyby nie Anioł.
Anioł, czyli dwóch młodych ludzi, których nikt nie znał i nikt nie widział, skąd przyszli i po co. Przybysze zaprowadzili Zygmunta do sosny samotnie stojącej kilkadziesiąt metrów od mogiły. - Szukacie sidemnastoletniego chłopca. Tutaj kopcie. - mieli powiedzieć nieznajomi przed odejściem.
Zygmunt wspomina: - Po kilku uderzeniach łopatą odsunąłem ziemię, wyjąłem małą czaszkę z wlotem i wylotem kuli. W dolnej szczęce brakowało trzech zębów [Wojtek stracił je podczas przesłuchań]. Potem podniosłem łańcuszek z medalikiem Matki Boskiej i różaniec. Z ciała posypanego chlorem pozostało niewiele. Chwilę potem matka wzięła
w dłonie czaszkę syna, przytuliła i pocałowała ją. Ze łzami w oczach krzyczała: - Wojtuś, synu najdroższy, już jesteś, synu! Już Cię mamy! Och, zabili Cię , och zabili Cię!

****
Do dziś nie wiadomo, kim byli ci dwaj mężczyźni. Świadkom ekshumacji nie udało się tego ustalić. Czy widzieli egzekucję? To mało prawdopodobne. Niemcy by na to nie pozwolili. O świcie 21 września 1944 roku, kiedy kula przeszła głowę Wojtka Szczepaniaka, na kielecki stadion nikt nie mógł wejść.
Urodził się w 1927 roku w Radymnie. Wtedy było to województwo lwowskie, stąd późniejszy pseudonim. Teraz podkarpackie. Jego ojciec Antoni pochodził z Kielc, był oficerem, w 1920 roku walczył z bolszewikami.
Aż do wojny Wojtek szczęśliwie wychowywał się nad Sanem. Omal nie stracił ojca, który został aresztowany przez Rosjan i był już w drodze na wschód, z której się nie wracało. Antoni Szczepaniak uciekł z transportu, przepłynął wpław Sani ku radości żony i dzieci pojawił się w drzwiach domu, ale po tym Szczepaniakowie byli spaleni w Jarosławiu i musieli uciekać. I tak trafił do Kielc na ulicę Mahometańską, do domu z numerem 13.

****
Na Mahometańskiej można było wtedy usłyszeć różne rzeczy. Np. śpiew Wiesława Gołasa, który dawał koncerty na balkonie swego domu. - Trzeba było się jakoś przygotować do zawodu, wspominał. Przypomina sobie też Wojtka Szczepaniaka: - Bardzo niski, miał chłopięcą twarz i był strasznie skromny, a przy tym uśmiechnięty. Ale on nie był w naszej grupie. Wojtek miał inne zadania, my okradaliśmy niemieckie samochody.
Podczas jednej z takich akcji Niemcy złapali Gołasa. - Nieźle dostałem w dupę od gestapo. Ale to nic w porównaniu z tym, co zrobili z Wojtkiem - mówi.

****
Szczepaniakom na Mahometańskiej żyło się biednie. Ojciec Antoni ucieczkę przez lodowaty San przypłacił zapaleniem płuc. Nie mógł już ciężko pracować. Zmarł w 1942 roku. Wojtek musiał iść do pracy. Pracował w hucie Ludwików, codziennie chodził do pracy 5 km w swoich drewnianych ciasnych butach. Po kilku miesiącach zaczęły się problemy z nogami. Zmienił pracę i trafił do sklepu z dewocjonaliami na rogu ulicy Czerwonego Krzyża. Spotkał go tam Janusz Siwek: - Miałem odebrać paczuszkę z tego sklepu. Wszedłem do środka i zobaczyłem bardzo mizernego chłopca, nawet nie myślałem, że to pracownik. Wtedy Pan Szydłowski, właścicel sklepu, krzyknął: "Wojtek,załatw klienta". Ten zrobił to bardzo uprzejmie.
Szczepaniak mógł odetchnąć. Praca nie była ciężka, ale też nie była dobrze płatna. To dlatego przeniósł się do zakładów Społem. Tam już zaczęło mu się układać. Nie dlatego, że był fachowcem, ale dlatego, że był zawsze uśmiechnięty, wesoły i uczynny. Tak jakby nie było wojny. Lubiły go za to pracownice, pomagał mu kierownik.

****
Syna oficera nie mogła jednak nie obchodzić wojna. Ojciec dał mu dobrą i żywą lekcję patriotyzmu. Rok po jego śmierci Wojtek przystąpił do konspiracji harcerskiej. W dniu kiedy złożył ślubowanie Szarych Szeregów, powiedział do matki: - Mamusiu, od dzisiaj , jestem żołnierzem. Jeśli krew oddam za Polskę, będę bohaterem. Będę walczył za ojczyznę jak tatuś. Proszę, żeby mamusia się nie martwiła, kiedy zginęł z rąk Niemców.
Co robił niski, pucułowaty i wiecznie uśmiechnięty chłopiec?
Włodzimierz Matwin wspomina:
- Dwa razy z nim jeździłem na ulicę Źródłową. Tam nadawała radiostacja AK, my jeździliśmy w pobliżu na rowerach. Kiedy Niemcy się zbliżali, ostrzegaliśmy akowców. Wojtek miał rower z drewnianymi obręczami na grubych oponach.
Szczepaniak był przede wszystkim łącznikiem, rozwoził meldunki po Kielcach, jeździł z nimi poza miasto. Było mu łatwo, bo jego chłopięca twarz budziła zaufanie także u Niemców.

****
Zanim jednak został żołnierzem, był ministrantem w kole ministrantów przy kościele na Baranówku. Byli tam też Wiesław Gołasi i Włodzimierz Matwin.
Gołas: - Trochę przepychaliśmy się, kto ma dzwonić po mszy.
Szczepaniakowie byli bardzo pobożną rodziną. Brat Wojtka - Zygmunt- przyjął po wojnie święcenia kapłańskie, został duszpasterzem osób niepełnosprawnych, odprawiał msze w języku migowym. Młodzi ministranci zostali zwerbowani do konspiracji przez Zygmunta Kwasa "Kościelnego", który mieszkał w pobliżu skoczni. Dla Kwasa wojna nie skończyła się w 1945 roku. UB wsadziło go do kielckiego więzienia. Zginął, kiedy próbował uciec.
****
Latem 1944 roku wojna miała się ku końcowi. Mlodzi harcerze z zapartym tchem nasłuchiwali wieści z Powstania Warszawskiego. Wojska radzieckie były już w okolicach Rakowa i Łagowa, zaledwie 40 km od Kielc. 6 sierpnia do domu przy ul. Mahometańskiej przyszło dwóch mężczyzn. Zostawili ważny meldunek AK, który Wojtek miał przewieźć do Daleszyc.
Zygmunt, brat Wojtka, zapamiętał ten dzień: - Poprosił mamę o igłę z nitką i jedzenie na drogę.
Dzień był upalny, więc założył krótkie spodenki, wsiadł na rower i pojechał w kierunku Daleszyc. Na rogatkach Kielc żandarmi zatrzymali go do kontroli. Spod kołnierzyka wystawał kawałek nitki, jeden z żandarmów pociągnął za niego i znalazł zaszyfrowany meldunek. Kilka godzin później Wojtek był już w rękach gestapo przy ul. Focha (obecnie Paderewskiego). Kilka dni później trafiła tam jego matka. Mieli sąsiednie cele. Wspomnienia matki spisał Zygmunt, któremu udało się uciec przed aresztowaniem.
Siedziałam w piwnicy nr 6, byłam zrozpaczona, a myśl o chłopcu będącym obok nie opuszczała mnie na chwilę. Rano gestapowiec otworzył drzwi i usłyszałam przeraźliwe krzyki mojeg syna bitego z pewnością okrutnie, gdyż dosłownie ryczał z bólu, a jego krzyk przypominał mi wycie dzikiego zwierza. Wkrótce Niemiec zabrał mnie do niego. Syn leżał na podłodze cały zakrwawiony, półżywy. Po pewnym czasie poznał mnie i wyszeptał cicho: >>Mamusiu, nikogo nie wydałem....czy mamusię bili...Czy Zygmusia złapali?<<
"Tortury trwały ponad miesiąc. Wojtek spotykał się co jakiś czas z mamą, której kazano zmywac krew w jego celi". On siedział skulony w rogu w tych samych spodenkach, w których wyjechał do Daleszyc. <<mamusiu, powiedzieli mi, że" jeśliwydam swoich albo będę konfidentem, to zaraz mnie wypuszczą, ale ja odmówiłem i oświadczyłem, nigdy tego nie zrobię. wtedy grozil rozstrzelaniem.
To miały być jego ostatnie słowa. 21 września o godz. 4.30 Wojtek Szczepaniak został rozstzrelany na kieleckim Stadionie.
Wojtek Szczepaniak ma na Baranówku swoją ulicę, która prowadzi na stadion piłkarski. Stał się przez to bliski piłkarzom i kibicom Korony. Jest patronem Szkoły Podstawowej nr 29 w Posłowicach. Od dziś jest też patronem Gimnazjum nr 26 na Baranówku. Sam chodził do tej szkoły jako uczeń podstawówki.
****
Skąd ta legenda? Wojtek Szczepaniak nie jest typowym wojennym bohaterem: nie był dowódcą, nie wysadzał pociągów, chyba nawet nie zdążył wystrzelić z pistletu. Nie pisał też wierszy jak Baczyński. Włodzimierz Matwin odpowiada: - Jak go dostało gestapo, to wiedzieliśmy, że nikogo nie wyda. Inny by tego nie wytrzymał, rozawliliby nas wszystkich. Ale nie Wojtek. Nie trzeba większej odwagi.
Włodzimierz Matwin cały czas się zastanawia, dlaczego Niemcy nie wypuścli Wojtka z więzienia. Siedemnastolatek nie stanowił dla nich większego zagrożenia, mogli potrzymać kilka dni , porządnie stłuc i wypuścić. Z innymitak robili. - Musieli być bardzo zdziwieni hartem jego ducha. Przestraszyli się tego, a przecież już wtedy robili w portki. Gdyby chcieli nas wystraszyć, zrobiliby z egzekucji pokazówkę. A oni zrobili to po cichu, chyba z czystej ludzkiej złości, że jest coś, czego nie rozumieją, czego nie mogą złamać. Na tym polega wielkość Wojtka Szczepaniaka. Ludzka podłość go zabiła - stwierdza.
****
Maria Szczepaniak przez wiele lat codziennie przychodziła modlić się na iejsce, gdzie zamordowano jej syna. Zmarła w 1979roku. Ksiądz Zygumn Szczepaniak zmarł trzy lata temu. Dom przy u. Mahometańskiej zupełnie zmienił wygląd i numer, nie należy już do rodziny Szczepaniaków.

Oprac. Paulina Piechowska

Wspomnienia Bolesława Cetnera

Stanęliśmy oto na końcu męczeńskiej drogi naszych braci - Kielczan z lat wojny.
Ci pomordowani, rozsztrzelani po wądołach i manowcach dzikich wyrobisk, kamieniołomów tej góry przez hitlerowskich najeźdźców, to kiellecy harcerze, patriotyczna młodzież naszego miasta - jak Wojtuś Szczepaniak ps." Lwowiak" - ale też Polacy starszej generacji - jak kapitan z 4 Pułku Piechoty Legionów z Bukówki - Jan Ostachowski. To oni isetki nieznanych z nazwiska zakładników ośmielili się stawić opór terrowo krwawego wroga - okupanta, a ofiary krwi i swego życia, ofiarą największą, jaką przez miłość do ojczyzny człowiek dać może - wznieśli te ścianę, symbol obrony przed zbrodnią i nienawiścią. W ścianie tej morderczy pocisk wroga uczynił wyrwę w murze zwartego patriotyzmu uczynić więcej nie mógł.
Naród cały zespolony jak monolit tego pomnika ponosi straty, straty wielkie ale trwa w jedności walki z przemocą i zbrodnią.
Aby trwał i przetrwał najgorsze, potrzebna jest moc wiary w Boga, najgłębsza miłość ojczyzny - Polski i pamięć o godności Polaka, wyniesiona i zahartowana w najcięższych latach zaborów i walki o Niepodległą, Najaśniejszą Rzeczpospolitą.
Golgota tych braci Kielczan wyznaczona cytatami z pięknej, patrotycznej poezji na kamieniach tej drogi ku pomnikowi, uczy tych, co żyją jeszcze i myślą aby się wsłuchali w głos wołającyh do nas poległych tutaj: " Pamiętajcie i nigdy nie zapominając - czuwajcie".
Popatrzmy teraz z tej góry na północ, ku miastu. U jej podnóża leży stadion, na którym Kielce spotkał zaszczyt przyjęcia i goszczenia największego we współczesności Polaka - Ojca Świętego Jana Pawła II. Niepowtarzalne wydarzenie w historii miasta.
Ojciec Święty postawił stopę o niemla krok od miejsca, gdzie hitlerowcy w ostatnim roku wojny rozstrzelali 39 - ciu naszych rodaków - zakładników. Po zbudowaniu tego stadionu zginęła bardzo skromna i nikła płyta, jedny ślad i dokument tego wydarzenia i do dziś nikt już o tym nie wie. Zatarto ślad zbrodni!
Dlatego szczególnie Wy - młodzi harcerze, kiedy pozdrawiacie się wspaniałym zwrotem: "CZUWAJ!" bierzcie to pozdrowienie jako rozkaz. Czuwajcie i nie zapominacje tego, co w tej okolicy się wydarzyło. Naród nie może zapominać swojej historii, krwi przelewanej przez swych bohaterów bo inaczej - zginie!
Czas postawić pytanie:
Czy model wychowania młodzieży, model obecny - liberalny to jest celowo ustawiony system odcięcia się od korzeni przeszłości?
Czy ma to być zerwaniem z priorytetem wychowania patriotycznego, takiego jaki niosła szkoła nasza, polska w 1939r. i w tajnym nauczaniu czasu wojny?
Tu w peryferyjnych dzielnicach Kielc, przyległych do późniejszego, tragicznego lasu kaźni na Stadionie, rosło pokolenie "Kolumbów". Ci młodzi chłopcy oddawali swe młode życie bez wahania gdy "przyszedł czas" - w partzantce AK u "Barabasza", "Szarego", "Ponurego", "Nurta".
Kto dziś o nich pamięta? Tylko my, dożywający swych lat, współcześni im i współmyślący jak oni, niedobitki polskiej szkoły.

Kto odda im należną cześć? Tym "chłopakom"co to mieli wrócić na poddasza Baranówka według pieśni "wybranieckich"?
Kto wspomni choćby czyn bohaterski całych rodzin poległych w nierównej walce z hitleryzmem lub likwidowanych po wojnie w komunistycznych karcerach.
Kto w tej dzielnicy, żujący współcześnie słyszał o śmierci w Oświęcimiu Michała Sokalskiego - kierownika szkoły na Baranówku i jego trzech synów: Jurka, Stefka i Mietka, żołnierze jeszcze przedakowskiego Związku Walki Zbrojnej?Kto wie o daninie krwi zapłaconej w walce trzech braci Walochów, Stratach, Matysiaków, Szczepaniaków, Cetnerów? Kto jest świadom dzisiaj, że w tej dzielnicy mieszka jeszcze zaleswie kilku bohaterskich partzantów Armii Krajowej, jak Zygmunt Pietrzak "obdarzony" za walkę z wrogiem po wojnie wyrokiem kary śmierci w tzw. wyzwolonej Polsce i który cudem ocalał, a tylu już odeszło na wieczną wartę! Kto wspomni dziś o walcznych zasługach dla Polski rodzin Kołodziejów, Tamborskich. Matysiaków, Klaudeli, kto słyszał o tradycjach legionowych rodziny Jaggiełów? Kto dzisiaj wie o licznych żołnierzach tych najmłodszych, z Szarych Szeregów?
Tym - godnym przedstawicielom naszej dzielnicy należy się pamięć nie taka ulotna, "papierowa" ale w monumentalnej formie.
Tylko dwaj znaleźli dotychczas zadośćuczynienie; Mamy ulice m.in W. Szczepaniaka i Z.Kwasa z Szatyc Szeregów a inni?
- niestety - zapominamy.

 

***

 

Przyszliśmy tu znowu - jak co roku- w polskim wrześniu oddać hołd wiernym do końca Polsce, którzy tu padli.
Naszej młodzieży z tej Parafii, harcerzom, i ludziom starszym z daleka i z bliska. Tym, co zostawili dla nas - żyjących ślad niezniszczalny przelanej niewinnie krwi za to tylko, że kochali prawo boże i swoją Ojczyznę. Zostawili nam prawo, według którego iść mamy:
BÓG - HONOR - OJCZYZNA
Jednakże niewielu z tych przyjaciół, idących tą drogą prawdy i wiary dożyło naszego, późnego wieku...
Trzydziestu partyzantów AK z tej małej parafii w różnych oddziłach Armii Krajowej dawało przykład wiernej służby Bogu i Ojczyźnie, kiedy szedł więc czas walki i poświęcenia i do dziś, Ci nieliczni co pozostali pamiętają o tym prawie.
Naszą pamięcią musimy osłonić Naród przed zagładą, grożacą dzisiaj Polsce od liberalizmów, nihilizmów, wygodnictwa i bezwładu duchowego.
Idąc przez swoje długie życie, pokonując wiele progów, dostąpiłem wielkiego zaszczytu: powierzając swój los Panu Jezusowi, Zbawicielowi i Opiekunowi naszej Parafii, w najtrudniejszych chwilach - Jemu oddając się w opiekę - otzrymałem łaskę sił twórczych i zdrowia oddając, jak w tej harcerskiej pieśni: "Wszystko, co nasze Polsce oddamy...".
Ten pomnik, sztandar "Czwartaków AK" i wiersz na poświęcenie tego sztandaru, z którego fragment chciałbym zacytować,
Ku chwale Przyjaciół, walczącyh o prawdziwie wolną Polskę, którzy posięcili wszystko, nawet nazwiska, umieli się wyrzec swojego "Ja", dla Najjaśniejszej Rzeczy pospolitej.

....Gdzie wasz sztandar "Czwartacy"?, Wy, co bez nazwiska "Wilki", "Dęby", "Niedźwiedzie", - idziecie bić wroga? Sztandar nasz - to zum jodeł, Krzyż, co z góry błyska A matką nam Maryja - nade wszystko droga. Stary nasz Znak pułkowy pod całunem wrzosu został w ziemi, spowity fioletem żałoby. Niech Śni sen o wolnej Polsce. My - bez rozgłosu wyszliśmy spod tej ziemi przez kaźnie i groby, Niesiemy ze sztandaru pod ziemię przejęte: BÓG, HONOR, OJCZYZNA - słowa jak pochodnie! Płonąc wnas, serca polskie żywią mocnym tętnem Czerwień krwi rozlejemy, będziem wlaczyć godnie. Nie starch nam ginąć w walce Świetokrzyskiej Ziemi. z nami Kraj - całym sercem i lud polski prosty, Idziemy szlakiem sławy za "Wybranickimi". Nad ludzką nienawiścią dobro rzuci mosty!
Pamiętajmy kim byliśmy,
kim jesteśmy
i kim chcemy być zawsze!


Bolesław Center ("Zyndram")
Kielce stadion 21.IX. 2003r.

Notka: Bolesław Cetner - mieszkał na terenie naszej parafii. Ur. się 1924 r. w Kielcach. Artysta malarz, realizował się w dziedzinie plakatu, mozaiki, grafiki i malarstwa. W późniejszych latach oddał się szczególnie malowaniu akwarelą kielelckich pejzaży. Autor wielu ilustracji książkowych a także ich opracowań graficznych. Był organizatorem odębnego Okręgu Kieleckiego ZPAP i zainicjował powstanie grupy twórczej W-57. Angażował się także w przygotowywanie plenerów artystycznych. Oprócz zamiłowania do sztuki poświęcał się także pracy społecznej. Został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski.